HISTORIA MOJEGO PORODU – OPOWIEŚCI PRAWDZIWE

historia mojego porodu

Historia mojego drugiego porodu jest naprawdę krótka. Na szczęście niczym nie przypominał on pierwszego razu, który był dla mnie okropnie bolesny i na zawsze utkwi mi w pamięci.

Intuicja mnie nie myli

Tego dnia wstałam rano i zupełnie bez namysłu przygotowywałam się jakbym wiedziała, że urodzę właśnie dziś. Wzięłam prysznic, ogarnęłam paznokcie, wydepilowałam ciało, a wychodząc z łazienki powiedziałam do mamy, że teraz to już spokojnie mogę rodzić. Przepakowałam również torbę do szpitala, sprawdzając czy czegoś przypadkiem nie brakuje. Zostało mi tylko kupić wodę i byłam gotowa. Poprosiłam nawet męża, żeby skoczył do sklepu, ale przewrócił oczami i powiedział, że ‘w razie w’ to kupimy po drodze. Do wieczora nic się jednak nie działo, więc położyłam się spać.

Jak się zaczęło?

skurcze porodowe

Nie mogłam zasnąć. Intuicja jednak nie myliła mnie i od godziny 21:25 zaczęłam wyczuwać regularne skurcze. Liczyłam je od samego początku. W moim przypadku przypominały one “stawianie się” brzucha – niezbyt bolesne, ale wyraźnie odczuwalne. Po godzinie obserwacji napisałam do koleżanek, że coś się dzieje. Tak sobie myślę, że gdyby nie one wcale nie pojechałabym do szpitala tego dnia. Dziewczyny były wręcz przerażone moim zaskakująco stoickim spokojem, zupełnie nie pasującym do mnie. Skurcze były częste (co 3-5 minut) co wskazywałoby na rozpoczęcie porodu, ale jakoś wcale nie myślałam o tym, żeby gdziekolwiek jechać. Nie wiem co uśpiło moje logiczne myślenie? Czy bardziej to, że byłam nastawiona na odejście wód płodowych, czy może to, że skurcze nie były tak bolesne jak utkwiło mi to w pamięci z poprzedniego razu…

Jedziemy do szpitala

Poinformowałam męża, że to już, ale on stwierdził, że jak zwykle przesadzam i że dziś na pewno nie urodzę. Mimo wszystko, dla mojego świętego spokoju, pojechaliśmy do szpitala. Przyznam, że w drodze miałam ochotę zawrócić, bo skurcze były regularne, ale wciąż mało bolesne. No nic, pomyślałam, zobaczymy na miejscu. Przecież szpital nie był daleko, a ten święty spokój bywa bezcenny.

Tak, dziś Pani urodzi!

O 23.40 zostałam przyjęta na oddział z 4-centymetrowym rozwarciem. “Tak, dziś Pani urodzi” – stwierdziła Pani doktor. Super! Z lekkim przerażeniem, ale i niedowierzaniem odesłałam męża do domu. W obecnej sytuacji będę mogła po niego zadzwonić dopiero w ostatniej fazie porodu.  

Podajemy oksytocynę

Leżę i czekam, ale akcja sie nie rozwija. 4 cm jak były tak są i poza regularnymi, niezbyt bolącymi skurczami nic więcej się nie działo. Położna zdecydowała o podaniu oksytocyny.  Wiedziałam, że przez to skurcze będą bardziej intensywne i bolesne, ale jak mus to mus. Zupełnie zaufałam osobie, która się na tym zna.

Jak tak pójdzie to nie urodzę do jutra

Położna zaproponowała prysznic. Spędziłam w nim jakieś 30 może 40 minut. Było to relaksujące i przyjemne, a skurcze zrobiły się o wiele słabsze. Zaczęłam się nawet martwić. “Jak tak dalej pójdzie, to nie urodzi Pani do jutra!” – skomentowała położna…

Nie daje za wygraną

Kobieta nie dała jednak za wygraną. Podczas badania przebiła wody płodowe i wtedy się zaczęło. Skurcze przybierały na sile, a z 6 cm rozwarciem mogłyśmy przejść już na porodówkę. Przyszedł też anestezjolog. Tym razem byłam nastawiona na znieczulenie. Ba! Miałam wobec niego ogromne nadzieje i modliłam się, żeby zdarzyli mi go podać. 

Wstyd się przyznać

Wstyd się przyznać, ale bez męża było mi całkiem dobrze. Wiem! To źle brzmi, ale taka jest prawda. W samotności potrafiłam się maksymalnie skupić na odczuwaniu własnego ciała, które próbowało wydać dziecko na świat. Myślałam wyłącznie o oddychaniu, które też o dziwo tym razem naprawdę pomogło. Miałam w sobie pełen spokój i czułam, że jesteśmy w dobrych rękach.

Znieczulenie na czas

Leżę na boku, nie mogę się ruszać. Czuje nadchodzące bardzo mocne skurcze. Myślę tylko o oddechu i o tym, żeby w końcu podano mi to znieczulenie. Lekarz za pierwszym razem nie może wbić się jednak w kręgosłup. Słyszę jego zdenerwowanie. Próbuje jeszcze raz i znowu nieudana próba. Skurcze są już tak mocne, że mam ochotę gościa kopnąć w d… razem z tym epiduralem. Leżę nieruchomo, wypinam kręgosłup i modlę się aby tym razem się udało. Jestem skupiona jak nigdy wcześniej. Nie krzyczę z bólu, tylko oddycham! W końcu czuję, że coś się zmienia, a delikatne zimno przeszywa mój kręgosłup. Anestezjolog odchodzi, a skurcze są już tak intensywne, że w zasadzie wydaje mi się jakby dzidziuś sam wypychał się na świat. Nie mylę się. Obracam się na plecy i rodzimy! Przemy! Raz, drugi, i za trzecim razem, na prośbę położnej, delikatnie prę ostatni raz.

Mieliśmy dzwonić po męża!

O 2:52 moja córeczka jest już na świecie! Ktoś sie nawet zaśmiał, że przecież mieliśmy dzwonić po męża! Poszło tak szybko, że nawet gdyby, to by nie zdarzył. To był dla mnie naprawdę przyjazny poród. W niczym nie przypominał tego pierwszego, a w głębi duszy nawet pomyślałam, że może kiedyś skusze się jeszcze raz.

P.S

Oczywiście zapomnieliśmy kupić wody do picia, o której wspominałam na początku. Cały poród musiałam liczyć na dobro Pani położnej, która od czasu do czasu donosiła mi wodę w plastikowym kubeczku. Także drogi mężu…jeśli to czytasz to zapamiętaj, że jak kobieta prosi to się nie odmawia!

Zapraszam również do wpisu KARMIENIE PIERSIĄ – 10 PORAD DLA MAMY KARMIĄCEJ.

Rekomendowane

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.